DST
 
Polski Deutsch

Jesteś niezalogowany
NOWE KONTO



ä ß ö ü ą ę ś ć ł ń ó ż ź

Nie znaleziono żadnego obiektu
Szukaj Wyczyść

 
 
 
 
Wspomnienia dawnego mieszkańca Strehlen, Fritza Mosesa. Część 1
W tłumaczeniu z niemieckiego: Violetta Misa-Pachut
Autor: mietok - Administrator°, Data dodania: 2015-08-10 19:44:49, Aktualizacja: 2016-01-24 13:40:15, Odsłon: 1533

Rodzina Mosesa, mimo nazwiska "Mojżesz" nie była żydowska. Ich przodkowie byli pochodzenia husyckiego.

             Rodzina Mosesa, mimo nazwiska "Mojżesz" nie była żydowska. Ich przodkowie  byli pochodzenia husyckiego. Urzędnicza machina „Trzeciej Rzeszy” naciskała, aby zmienili nazwisko. Jednak stanowczo się temu sprzeciwili i w związku z tym od 1933r. spotykały ich  nieprzyjemności. Miały one różny charakter. Zdarzyło się, że pewnego dnia przed ich piekarnią zostały wylane ekstrementy.  A mały Fritz był wielokrotnie w szkole wyśmiewany i przezywany Abrahamem czy Pinkusem. Taka sytuacja trwała do przełomu 1941/1942 roku, kiedy to Niemcy zostały „oczyszczone” z  Żydów.


 

W środkowej części , widoczne kamieniczki nr 12 i 13 w krórych mieszkała rodzina Fritza Mosesa. W kamieniczce nr 12 znajdował się sklep piekarniczy.


Rodzina Fritza Mosesa mieszkała w Rynku. Ich kamienice nosiły numery 12 i 13. Ponadto byli właścicielami domu przy ulicy Frankensteinerstrasse  nr 10 (obecnie ul. Ząbkowicka). Jak opisuje Fritz Moses, który urodził się w Strzelinie w 1929 r. jego rodzina posiadała piekarnię w Rynku i utrzymywała się z handlu pieczywem. Posiadali, jako nieliczni w tym czasie samochód. Był to Opel P4 (numery rejestracyjne: IK 89043), którego ojciec Fritza odziedziczył po zmarłym w 1934 r. dziadku Carlu Mosesie. Auto, rodzina Mosesa garażowała przy ulicy Frankensteinerstrasse i korzystała z niego bardzo rzadko. Mały Fritz pamięta tylko przejażdżki do Wrocławia i Bolesławca, co dla małych dzieci było bardzo ekscytujące. „Na co dzień, niestety - jak wspomina, nawet z ciężkimi bagażami chodziliśmy pieszo z Rynku na ulicę Frankensteinerstrasse, tak, żeby sąsiedzi nie wiedzieli, że mamy samochód i pieniądze. Musieliśmy udawać biedniejszych niż byliśmy w rzeczywistości, żeby nie zrazić klientów naszej piekarni”. Pierwsze świadome wspomnienie Fritza dotyczy czasów gdy miał 5 lat. Wiąże się ze śmiercią dziadka, który zmarł 19 lutego 1934 r. „Z opowiadań moich rodziców - mówi Fritz - wiem, że dziadek był ze mnie bardzo dumny, jako z następcy rodziny. Jako maluchowi pozwalał mi wieczorem, gdy liczono utarg w sklepie, siedzieć za biurkiem i budować wieże z 5 i 10 fenigów. Dziadek często zabierał mnie na spacery i nosił na ramionach. Często szliśmy Promenadą wzdłuż Oławy koło młyna. Rzeka była tutaj wąska, ale mimo wszystko bałem się, zwłaszcza gdy pies mojego dziadka - doberman o imieniu "Greif" wskakiwał do wody. Dobrze zapamiętałem pogrzeb mojego dziadka, który oglądałem  tylko z okna  mieszkania na pierwszym piętrze. Rodzice uznali, że jestem za mały by w nim uczestniczyć. Dziadek został pożegnany przez żałobników i odprowadzony na pobliski cmentarz”.

 Strzelin, podobnie jak wiele miast wschodnich Niemiec posiadał duży rynek z miejscem targowym. Strzeliński rynek był szczególnie piękny, czysty, w pełni utwardzony granitową kostką. Od strony południowej była piekarnia mojego ojca. W centrum stały dwa duże bloki pięknego ratusza z wysoką wieżą, z drugiej strony, oddzielony aleją drugi blok, ponadto wciąż istniało dużo wolnej przestrzeni, żeby mogły bawić się dzieci. W północno - wschodnim narożniku Rynku stała mała kamienica z sześciokątną gablotą, w której zawsze były wystawiane gazety. Tutaj również wystawiany był "Sturmerkasten" , gazeta Juliusza Streichersa, prymitywny, antyżydowski dziennik. Wszystkie dzieci, a więc i ja (choć nie umiałem jeszcze czytać), chodziliśmy oglądać karykatury Żydów, które były obrzydliwe i odrażające. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie zdjęcie na którym kilku Żydów pochyla się nad dzieckiem. Z ust Żydów kapie ślina. Z okładki uderzał czerwony napis o rytualnym mordzie. Dzisiaj, będąc dorosłym człowiekiem, sądzę, że przytoczony obraz mógł pochodzić z kościoła w Rinn/Tyrol.


 

Komieniczki nr 12 i 13 należące do rodziny Fritza Mosesa uwiecznione w trakcie jakiegoś korowodu / święta w latach 1937-1942.


Moje dzieciństwo było beztroskie, aż do pierwszych lat gimnazjum. W szkole najbardziej nie lubiłem lekcji gimnastyki i nauczyciela sadysty Paula Friedricha. Nauczyciel zawsze stał z liną w ręku za przyrządem gimnastycznym i mocno nią uderzał, jeśli nie udało się wykonać prawidłowo zadanego ćwiczenia. Jeden z kolegów powiedział mi po latach, że bardzo mi współczuł, że byłem tak źle traktowany. Pod koniec lata razem z moimi rodzicami wyjeżdżaliśmy naszym samochodem na przejażdżki lub wędrowaliśmy pieszo do najpiękniejszych miejsc, wzdłuż pól ze złotymi łanami zbóż. Za czeską wioską (Carl ma na myśli najpewniej Gościęcice) rozciągał się ogromny, dla mnie, małego chłopca nie do ogarnięcia, las wokół Gromnika. Pierwszy przystanek robiliśmy pod dużą brzozą (nie wiem o jakie miejsce chodzi), następny na skrzyżowaniu przy trzech dębach. Ale my spieszyliśmy się do miejsca, które było kiedyś domem barona - rabusia (pewnie Gromnik). Kto miał jeszcze siły szedł do najbliższej wioski (Romanów?) z malowniczym młynem. W 1990 r., mając 61 lat odwiedziłem Śląsk i moje miasto Strehlen oraz wioskę o nazwie Romanów. W miejscu gdzie stał młyn wciąż można było znaleźć jego ślady.

Zimą, gdy spadło dużo śniegu mogliśmy jeździć na nartach. Co dwa lata dostawałem od moich rodziców nowe narty. Byłem z nich bardzo dumny, zwłaszcza, gdy widziałem, że dzieci pracowników kamieniołomów jeżdżą na nartach wykonanych z desek ze starych beczek. Kiedy było bardzo dużo śniegu dzieci rolników wskakiwały na tyły dorożek bogatych właścicieli ziemskich i jeździły na nich po całym mieście. Zimą, my dzieci nie odważałyśmy się odchodzić daleko od miasta. Ale i w pobliżu było wiele możliwości zabawy. Mogliśmy zjeżdżać na nartach lub sankach z Góry Marii (Góra Parkowa "Marienberg") od samego szczytu aż na sam dół. Robiliśmy to chętnie, choć zjeżdżanie z tego starego toru było zabronione, bo zdarzało się tu dużo wypadków. Kiedy przybyłem tu po latach jak bardzo skromny wydał mi się nasz tor saneczkowy, zwłaszcza w porównaniu z tym jaki jest w mojej obecnej ojczyźnie Bawarii.

CDN


Tłumaczenie: Violetta Misa-Pachut

Serdeczne podziękowania dla Pani Violetty za  udostępnienie tekstu na stronie: http://dolny-slask.org.pl/

mietok - Administrator


/ /
maras - Administrator | 2015-08-10 19:58:59
Cenne!