DST
 
Polski Deutsch

Jesteś niezalogowany
NOWE KONTO



ä ß ö ü ą ę ś ć ł ń ó ż ź

Nie znaleziono żadnego obiektu
Szukaj Wyczyść

 
 
 
 
STREHLEN - Wspomnienia o małym śląskim miasteczku i jego żydowskich mieszkańcach.
Autor: mietok - Administrator°, Data dodania: 2015-07-29 20:11:41, Aktualizacja: 2016-01-24 13:54:10, Odsłon: 1613

Hans Stargardter był przedwojennym mieszkańcem Strehlen. Jego rodzina zajmowała się handlem zbożem, posiadali też gospodarstwo rolne i malutką cegielnię. Jego rodzina należała do żydowskich elit. Oto jego wspomnienia. W tłumaczeniu z niemieckiego: Violetta Misa-Pachut

Hans Stargardter był przedwojennym mieszkańcem Strehlen. Jego rodzina zajmowała się handlem zbożem, posiadali też gospodarstwo rolne i malutką cegielnię. Jego rodzina należała do żydowskich elit. Oto jego wspomnienia.


 

 

 

Zdjęcia przedstawiają rodzinny dom przedwojennego mieszkańca Strehlen, żydowskiego pochodzenia Hansa Stargardtera. Poniżej zamieszczam losy jego rodziny


.Urodziłem się w 1927 r. jako najstarsze z trojga dzieci. Było nas trzech chłopców. Kiedy Hitler doszedł do władzy miałem zaledwie 6 lat. Ten moment zbiegł się z moim pierwszym dniem w szkole. Wszystkie dzieci otrzymały "tuby" pełne słodyczy. Ten "róg obfitości" stanowił przeciwwagę dla tego co nas już niedługo miało spotkać. Pierwsze represje w stosunku do Żydów były natury ekonomicznej i stanowił je bojkot żydowskich przedsiębiorstw od 1933 r. i odsunięcie Żydów od urzędów publicznych. Ale to był dopiero początek. Pięć lat później bezlitosne przepisy prawne położyły kres żydowskim sklepom, zakładom i fabrykom. Ci, którzy chcieli wyemigrować musieli oddać 25% swoich aktywów w postaci podatku, jako karę za ucieczkę z kraju, reszta została zablokowana na rachunku, bez możliwości jej odzyskania i tylko w małej ilości mogła być przeniesiona na konto zagraniczne. Ratowaliśmy swój majątek jak się dało. Pewnej nocy obudził mnie dziwny hałas. Przebudzony zajrzałem do pokoju ojca. Mój tata nawiercał otwory w nogach drewnianego stołu, który stał w naszym pokoju i w otwory te wkładał diamenty, chcąc uchronić część naszego majątku przed utratą. Wszystkie nasze meble miały zostać odesłane do Gwatemali, gdzie nasza rodzina zamierzała wyemigrować. Kiedy wybuchła wojna cały nasz dobytek został załadowany na niemiecki statek. Niestety nigdy nie dotarł do Gwatemali. Później dowiedziałem się, że statek wiozący nasze rzeczy ( nie tylko nasze) wrócił do portu w Hamburgu i tam też najprawdopodobniej trafiły nasze rzeczy, Nigdy ich nie odzyskaliśmy.


Przed rozpoczęciem wojny mieszkaliśmy w Strehlen na Dolnym Śląsku, w mieście, które obecnie należy do Polski. Strzelin liczył w 1939 r. 12 tysięcy mieszkańców. Moja rodzina była bardzo szanowana w mieście. Mój pradziadek przybył do Strzelina na początku XIX wieku. Był "domokrążcą" i dorobił się całkiem pokaźnego majątku. Później mój dziadek i ojciec zajmowali się handlem zbożem.


Jawne przypadki antysemityzmu dotknęły mnie bardzo, ponieważ byłem dzieckiem wychowywanym w dużym poczuciu bezpieczeństwa i akceptacji. Moi szkolni koledzy otrzymali na przykład od swoich rodziców zakaz odwiedzania mnie w domu. Większość z nich wstępowała już wówczas w szeregi "Jungvolk", która była częścią "Hitlerjugend" zrzeszającą dzieci w wieku od 10 do 14 lat. Byłem w piątej klasie, kiedy nauczyciel Dr Utta kazał mi wyjść z klasy. Było to dla mnie bardzo przykre. Nie wiedziałem o co chodzi. Byłem jedynym Żydem w klasie, w całym mieście było nas ok. 50. Później dowiedziałem się od kolegów, że nauczyciel zrobił na tej lekcji wykład "O wyższości rasy aryjskiej nad żydowską". Moja matka powiedziała, że nauczyciel, wypraszając mnie z klasy, zachował się przyzwoicie, oszczędzając mi wstydu i poniżenia. Było mi jednak żal, czułem wielką niesprawiedliwość.


Straszny był rok 1938. W październiku byliśmy w Strzelinie świadkami przemarszu wojsk Wehrmachtu. Obok naszego domu stojącego przy jednej z głównych ulic miasta dniem i nocą przejeżdżały opancerzone samochody kierując się na południe w stronę Sudetów. A potem przyszła noc pogromu, zwana później „nocą kryształową”, którą poprzedziło zamordowanie niemieckiego dyplomaty Ernsta vom Ratha przez Żyda, które tylko podsyciło nastroje antysemickie. Nienawiść zaś skierowała się przeciwko ludziom, ich własności, domom, synagogom i cmentarzom. Przebywaliśmy wówczas w naszym domu przy ulicy Munsterbergerstrasse 23 (obecnie ul. Kościuszki), kiedy o 6 rano strzelińscy esesmani załomotali do naszych drzwi. Chcieli nas zastraszyć, nie wahali się przed grabieżą naszego mienia. My mieszkaliśmy na piętrze starego dwustuletniego domu. Na parterze znajdowały się biura administracyjne, z tyłu dziedziniec. Esesmani wywlekli mojego ojca i matkę z łóżka a nas dzieci zostawili na piętrze z babcią. Oczywiście byłem tym faktem strasznie zdenerwowany i przerażony, ale to chyba nic dziwnego, skoro miałem wówczas tylko 12 lat. Z dołu dochodziły do nas dźwięki tłuczonego szkła, łamanych mebli i demolowanego sprzętu. Jako najstarszy z rodzeństwa zszedłem ostrożnie na dół i zapytałem jednego z obecnych tam esesmanów, kiedy wrócą moi rodzice?. Na to on zdenerwowany odrzekł: „ Uciekaj stąd, bo oberwiesz”. Odwróciłem się do innego z mężczyzn i ten powiedział uspakajająco, że rodzice wkrótce wrócą. Pokazał na zegar. Właśnie dochodziła 8 godzina. Następnie dalej plądrowali nasze mieszkanie, ale i tak mieliśmy sporo szczęścia, bo później kiedy wszyscy byli już pijani mogło być jeszcze gorzej. Uciekłem na górę, a kiedy po pewnym czasie zszedłem na dół zobaczyłem że cały parter został zdemolowany. Wszystkie okna w biurze zostały rozbite, meble roztrzaskane, w salonie mojej babci pocięte nożami zdjęcia naszej rodziny i obrazy na ścianie. Tylko wielki obraz Fryderyka Wielkiego nie został zniszczony. Sprawiało to przygnębiające wrażenie na tle innych pociętych fotografii rodzinnych. Na szczęście nie ograbili nas z żywności zgromadzonej w piwnicy pod domem. Później tego samego dnia esesmani zbezcześcili synagogę. Oblali krowim moczem zwoje tory i cały budynek świątyni. Całe szczęście, że Synagoga nie została wówczas podpalona. Takiego losu uniknęły także, przynajmniej na razie, inne żydowskie domy. Tego samego dnia, po południu moi rodzice zostali zwolnieni. Odprowadził ich policjant, który okazał się miłym człowiekiem. Na odchodnym powiedział do mojego ojca: „Panie Stargardter, radzę wziąć dużo pieniędzy, bo możecie długo do domu nie wrócić” To był normalny policjant a nie ten z Gestapo. Więc mój ojciec zabrał dużo pieniędzy i na prawie dziesięć tygodni został wysłany do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Później powiedział, że niewiele z tego czasu zapamiętał. Pamięta tylko jak po przybyciu do obozu więźniowie musieli przejść między dwoma rzędami strażników, przez których byli brutalnie pobici kijami. Ojciec opowiadał mi, że szybko się uczył praw rządzących więziennym życiem i wiedział, że nigdy nie wolno iść na przedzie kolumny, ani z tyłu, czy po bokach. Najlepiej ukryć się w środku, bo tam pałki strażników docierają najrzadziej. Bardzo niebezpieczne w obozie były choroby, szczególnie szkarlatyna. Mój ojciec miał dużo szczęścia, został zwolniony z obozu koncentracyjnego za zasługi w pierwszej wojnie światowej i za to, że został uhonorowany podczas tej wojny żelaznym krzyżem zasługi. Był to ostatni moment, kiedy Żydzi mogli skorzystać z prawa łaski, za swoje wcześniejsze zasługi, potem było to już niemożliwe. Musieliśmy sprzedać nasz cały dobytek, żeby razem z naszą babcią, moimi rodzicami oraz trójką naszego rodzeństwa dostać się na niemiecki statek. Był sierpień 1939 r. Pozostawiono nam marne 10 dolarów. To był cały nasz majątek.


Cała ta sytuacja w Niemczech w latach 30-tych to było po prostu szaleństwo. Wiele rodzin żydowskich, szczególnie tych bogatszych, uważało, że majątek gwarantuje im bezpieczeństwo. Cały czas mam w pamięci słowa mojego ojca, który twierdził, że nic nam nie grozi, bo rząd niemiecki robi interesy z Żydami i to stanowi gwarancję naszego bezpieczeństwa. Nasza cegielnia produkowała materiały budowlane, z których między innymi wybudowano podziemne hangary dla lotnictwa niemieckiego. Niestety nic nas nie uchroniło przed tym co miało nastąpić. Jedynym ratunkiem dla nas Żydów była emigracja. Od 1939 r. w paszporcie przed imieniem wszyscy Żydzi mieli wpisaną dużą literę „J”, ich inne dokumenty zostały skonfiskowane, skonfiskowano im także odbiorniki radiowe. A od sierpnia 1942 r. wprowadzono obowiązek noszenia na ramieniu Gwiazdy Dawida. Na sklepach i restauracjach pojawiły się szyldy, zakazujące wstępu Żydom. Niektóre miasta, przy wjeździe umieszczały informacje zakazujące wstępu Żydom. W takiej sytuacji moja rodzina wybrała emigrację. Dzięki temu nie doświadczyłem najgorszego. Ocaliłem życie. Żydzi, którzy pozostali w Niemczech, zginęli w przeważającej części w obozach koncentracyjnych i obozach zagłady. Niektórzy zginęli w Theresienstadt (Terezin), niektórzy w Dachau, niektórzy w Auschwitz. Moja matka, pozbawiona opieki ojca, który w tym czasie przebywał w obozie próbowała wszelkimi sposobami ocalić nasz majątek, a właściwie w krótkim czasie korzystnie sprzedać nasz dobytek, bo tylko wystarczająca ilość gotówki gwarantowała nam przeżycie. Wyjeżdżając z Niemiec ocaliliśmy własną skórę i to był właściwie nasz jedyny majątek wywieziony z Ojczyzny, nie licząc kilku pamiątek. Zostaliśmy zmuszeni do emigracji, a co charakteryzuje naszą dziwną mentalność, to fakt, że wypłynęliśmy z kraju na niemieckim statku. Byliśmy tak bardzo niemieccy, że nawet nie pomyśleliśmy, aby z kraju wydostać się statkiem innym niż niemiecki, np. angielskim, francuskim czy amerykańskim. Myśmy po prostu czuli się Niemcami. Przecież od pięciu pokoleń żyliśmy i pracowaliśmy w Niemczech. Tu był nasz dom.


Nazajutrz po ataku esesmanów na nasz dom i zniszczeniu naszego dobytku nasz dom odwiedzało wielu ciekawskich sąsiadów. Niektórzy tylko potrząsali głowami i mówili: „Mój Boże, co się tu dzieje”. Było też kilku, którzy podnosili pięści i krzyczeli: „Ci cholerni Żydzi” czy coś podobnego. Większość ludzi wydawała się być zupełnie obojętna lub bała się cokolwiek powiedzieć więc tylko kręcili głowami nie mogąc uwierzyć, że coś takiego może się zdarzyć w cywilizowanym kraju. Osobiście nie sądzę, żeby naród niemiecki był naprawdę antysemicki w czasach Hitlera. Niemcy zostali „uwiedzeni” przez nazistów a tak naprawdę tylko nieliczni byli z przekonania nazistami. Reszta była zastraszona. Nie mieli wystarczająco dużo odwagi, żeby sprzeciwić się reżimowi terroru. Każdy sprzeciw mógłby się dla nich źle skończyć. Musieli dbać o własną skórę. Nie wierzę, że antysemityzm był głęboko zakorzeniony w narodzie niemieckim. Był wynikiem akcji propagandowych. Urojenia niemieckich przywódców były tak silne, że zdominowały każdą dziedzinę życia. Mogła to tłumaczyć w pewnym sensie sytuacja ekonomiczna w jakiej znalazły się Niemcy już w 1933 roku. Znalezienie kozła ofiarnego było tylko kwestią czasu. I takim kozłem okazał się naród żydowski. Nie wiem skąd wzięła się taka nienawiść. Myślę, że podłoże stanowiła tu religia i obraz Żydów jako morderców Chrystusa. Żydzi jako rasa niższa i gorsza zostali skazani na zagładę. Moja matka aż do śmierci w 1981 roku doskonale pamiętała krzywdę, jaką jej wyrządzono, ale nie było w niej goryczy i żalu. Dwie jej najlepsze przyjaciółki były rodowitymi Niemkami, a jedną z nich Anitę (obecnie 92 letnią) nazywaliśmy od zawsze ciocią. Ciocia Anita podobnie jak moja matka mieszkała w Strehlen i była zatrudniona na kolei. Była jedną z niewielu osób, które odwiedzały nas w domu, mimo, że groziła jej za to utrata pracy. Wycierpieliśmy wiele od Niemców, ale nie ma we mnie goryczy, żalu i nienawiści do nich.
Nasza rodzina wyemigrowała do Gwatemali. Mieszkaliśmy tam 10 lat. Mój ojciec miał tam małą cegielnię. Nigdy, przebywając w tym obcym kraju nie doświadczyliśmy antysemityzmu. W Gwatemali społeczność żydowska była dość liczna. Liczyła około 3 – 4 tysięcy członków, z czego ok. 100 to byli uchodźcy. Zdecydowaliśmy się na Gwatemalę, ponieważ nie mieliśmy żadnych krewnych w innych krajach a żaden kraj na świecie nie chciał przyjąć ubogich Żydów. Serdeczne powitanie było tylko dla Żydów, którzy przywozili ze sobą pieniądze. Przed nimi świat stał otworem.


Mieszkając w Strehlen nie mogłem ukończyć gimnazjum i dlatego moim rodzicom bardzo zależało na kontynuowaniu przeze mnie nauki. Początkowo, ze względu na brak pieniędzy było to utrudnione również tutaj. Mój ojciec, nie mając pozwolenia na pracę nie mógł podjąć żadnej nawet najgorszej pracy. Udało mi się dostać do bezpłatnej szkoły, prowadzonej przez organizacje dobroczynne, gdzie przynajmniej nauczyłem się języka hiszpańskiego. Potem „zaczepiłem się” w warsztacie kowalstwa artystycznego i półtora roku byłem tam czeladnikiem. Wtedy mój ojciec znalazł mi zatrudnienie w swojej malutkiej cegielni, ale nie było tam wystarczająco dużo pracy dla dwóch osób. Kiedy jednak mój ojciec sprzedał większą ilość swoich produktów moja matka natychmiast postanowiła, że teraz już najwyższy czas żebym wrócił do szkoły. I w jakiś sposób moi rodzice, prawdopodobnie wśród największych poświęceń, wysłali mnie do szkoły średniej. Łączyłem pracę z nauką. W czasie nauki pracowałem jako personel urzędniczy w hotelu. Pewnego dnia przyszedł do mnie dyrektor szkoły w której się uczyłem i zapytał mnie, po wysłuchaniu historii mojego życia, czy chciałbym pójść na studia? Na moją twierdzącą odpowiedź odrzekł, że otrzymam stypendium na dalszą naukę. Nie sądziłem, że to prawda, ale sześć miesięcy później otrzymałem list podpisany przez dyrektora Florida Southern College ze Stanów Zjednoczonych z ofertą studiów dla mnie i możliwością skorzystania ze stypendium oraz zaproszeniem na uczelnię. Była to dla mnie ogromna szansa z której oczywiście skorzystałem. Nadal uczyłem się i pracowałem. Najpierw przez rok na budowie, pchając wózki z zaprawą, potem jako ogrodnik i stróż nocny, a w ostatnim semestrze uczyłem kubańskich studentów matematyki.
Tak się kończy moja historia. Przeszedłem daleką drogę od małego miasteczka Strehlen na Śląsku do mojego obecnego życia. Wiele przecierpiałem, ale też wiele się nauczyłem. Przede wszystkim, że nie należy chować w sobie żalu i nienawiści i że trzeba nauczyć się przebaczać i cieszyć każdą minutą swojego życia.


* Oryginalny tytuł: STREHLEN " Erinnerungen an eine schlesische Kleinstadt und ihre judischen Burger " - Fritz Moses

Tłumaczenie:  Violetta Misa-Pachut

P.S.

Serdeczne podziękowania dla Pani Violetty za  udostępnienie tekstu na stronie: http://dolny-slask.org.pl/

mietok - Administrator

 


/ /
maras - Administrator | 2015-07-29 20:26:01
Cenne!
zonia | 2015-07-29 20:55:29
Jakie to szczęście urodzić się po 1945 roku.
mietok - Administrator | 2015-08-03 21:56:55
:)
Aleksander2 | 2015-08-10 19:28:45
Spotkałem tam [w getcie] Żyda z Mannheimu, gdzie miał sklep tytoniowy. Ma tam jeszcze przyjaciół Niemców, socjaldemokratów, ale nie mogą mu pomagać, gdyż grozi to obozem. Pytam go: „Jeśli wojna się skończy i pozwolą panu wrócić do Mannheimu, czy pan wróci, czy wyemigruje?” – „Na kolanach tam wrócę”. – Dziwni są Żydzi niemieccy. Biją ich, gardzą nimi, a oni wciąż chcą widzieć w Niemcach naród poetów i filozofów. ….. Jedna z tych Żydówek mówi o Hitlerze: „Unser Fȕhrer” i zapewnia z dumą, że Niemcy są niezwyciężeni. Rację miał mój przyjaciel, gdy mówił, że Niemcy to beznadziejna i nieodwzajemniona miłość Żydów. Ludwik Hirszfeld "Historia jednego życia"