DST
 
Polski Deutsch

Jesteś niezalogowany
NOWE KONTO



ä ß ö ü ą ę ś ć ł ń ó ż ź

Nie znaleziono żadnego obiektu
Szukaj Wyczyść

 
 
 
 
Repatrianci
Autor: Matias°, Data dodania: 2014-11-20 02:03:35, Aktualizacja: 2014-11-20 11:23:55, Odsłon: 2566

Losy Polaków przesiedlonych z Kresów w 1945 r.
autorka

       W roku 2000 w gazecie Nasza Ziemia Strzelińska ukazał się cykl artykułów pt. „Kresy-Moja Miłości”, artykuły te przedstawiają wspomnienia Pani Juli Ostrowskiej mieszkanki Gościęcic i obejmują okres od wojny po lata 80 XX wieku. Ja skupię się na przedstawieniu tylko fragmentów opowiadających o początkach osiedlania się na Ziemi Strzelińskiej polskich repatriantów. Zainteresowani całością wspomnień Pani Ostrowskiej mogą je przeczytać w bibliotece miejskiej w.w gazecie od nr 39/2000.

      „NOWA RZECZYWISTOŚĆ. Tymczasem staliśmy już do końca na torach w Gross Briku ( miejscowość jest mi nieznana, myślę że to okolica Brzegu). Rodzice z siostrą zostali, a ja z drugą siostrą dotarłyśmy do Strzelina. Trochę szłyśmy piechotą, trochę przywieziono nas furmankami. W Strzelinie był ostatni punkt naszej głównej podróży. Poszłam z siostrą do PUR-u, gdzie był główny punkt repatriantów. Ponieważ pracowali już tam polscy urzędnicy, udzielono nam różnych informacji. Biuro to mieściło się na ul. 22 Lipca. (dzisiejsza ul. Józefa Piłsudskiego).Tak więc do Strzelina przyjechaliśmy pod koniec lipca, z początkiem sierpnia 1945 roku. Należało pomyśleć, aby gdzieś się osiedlić. Zaczęłyśmy chodzić z siostrą po różnych wioskach i szukać gospodarstwa. Mnie, jako pannie wypadało osiedlić się z rodzicami, bo moje siostry były już mężatkami i miały po jednym dziecku. Natomiast ich mężowie jeszcze z wojny nie wrócili. Każda z nas chciała jakieś gospodarstwo dla siebie zająć. Ludzie w tym czasie różnie mówili. Powiadali nawet, że będziemy ponownie wracać na Kresy. Zdecydowałyśmy więc, że będziemy szukać jak najmniejszych gospodarstw, w granicach pięciu hektarów. Jako, że byliśmy tu jednymi z pierwszych, chcieliśmy się osiedlić bliżej Strzelina. Dodatkowo był między nami ksiądz Michałkiewicz, ksiądz kanonik i proboszcz - i wiadomo -chcieliśmy być wszyscy koło księdza. Ksiądz pozbierał papiery. Między innymi i ja poprosiłam go, aby wziął i nasze. Ksiądz zwracając się do mnie po imieniu (znał przecież wszystkich naszych Łoszniowianów), zaproponował mi wioskę Lubieniec Średni. Dziś wioska nazywa się Gościęcice, a za czasów niemieckich zwała się Meltojer. Ponieważ mieszkało w niej dużo Czechów, miała również swój czeski odpowiednik - Podibrad. Jako, że była duża -dzieliła się na trzy części: Lubieniec Dolny, Średni i Górny. Jak już wspomniałam - zgodziłam się z propozycją księdza Michałkiewicza i wybrałam Lubieniec Średni. Nie wiedziałam - co wybrałam. Po prostu kota w worku. Zdecydowałam się i poszłam w ciemno. Przyszło nas parę kobiet do tej wioski. Każda z nas miała wyznaczony numer domu, do którego miałyśmy się udać. Nareszcie dotarłam do mety! Od razu pojawił się znak zapytania, pojawiły się obawy: jak przyjmą nas Niemcy? Przeczucie podpowiadało mi, że niezbyt miło. Ja pierwsza weszłam pod swój numer. Oczywiście ze swoimi przyjaciółkami. Udałam się najpierw do sołtysa, który już gospodarował na tym terenie. Poprosiłam go, aby poszedł z nami i pomógł nam w osiedleniu, ponieważ był to nawet jego obowiązek. Już nawet cały Strzelin wyposażony był we władzę i w milicję. Sama nie wiem, skąd się tak prędko wzięła cała ta władza. Sołtys rzeczywiście przyszedł z nami do mojego domu, tam gdzie miałam zamieszkać. Kiedy weszliśmy wszyscy na teren tego obiektu, powychodzili Niemcy: starsi, młodsi i całkiem młodzi. Jak wiadomo, każdy byłby przestraszony taką wizytą. Tym bardziej tym Niemcom nie było za wesoło. Nikt z nas nie wie jak by się w podobnej sytuacji zachował. To wyglądało tak samo jak z nami. Trzeba było opuścić swoje i udać się w nieznane. Taką samą historię przeżywali i Niemcy. Stałam sama. I zapłakałam. Zapytałam sama siebie: dlaczego tym światem tak manipulują? Czy nie lepiej by było, aby każdy był w swoim domu? Tam, gdzie się urodził? Bardzo źle odebrałam tę sytuację. Zrobiło mi się żal. Siebie i Niemców. To, że oni tę wojnę zaczęli i ją przegrali. Ja bynajmniej tak uważam, że nie wszyscy przecież byli winni. Tak sobie pomyślałam. Po co to wszystko było? To przecież oni i my płakaliśmy. Narzekać można na taki świat. Tak prawdę mówiąc - to jednemu czy dwóm wariatom pokręciło się w głowie i tak potrafili ten świat zgnieść. A my mimo tego musieliśmy poukładać swoje życie. Weszliśmy więc do tego domu. Tak jak już wspomniałam - Niemcy zapłakani, my również. Po prostu jesteśmy tułaczami. Okłamujemy Niemców, że my tylko na wczasy, na taki chwilowy wypoczynek. A przecież oni w to i tak nie uwierzyli, a jednak musieli odstąpić. Musieli się zgodzić. Na razie mieliśmy zamieszkać razem. Zanim się wprowadziłam z rodzicami, musieliśmy jeszcze dużo przeżyć, aby tam wejść. Wcześniej jednak musiałam znaleźć gospodarstwo dla dwóch sióstr. Jedna pilnowała naszego dobytku w Gross Briku, druga natomiast była razem ze mną. Weszłyśmy więc razem do mojego domu. Bardzo to przeżywałyśmy razem z Niemcami. Niemniej wpuścili nas wreszcie do mieszkania. Zaoferowali nam tylko jedną komnatę. Była przegrodzona dwiema deskami, co wyglądało jak dwa pomieszczenia. Sam piec zajmował pół mieszkania. Do połowy była podłoga, druga połowa to deski - normalne, wyheblowane. Nie było mowy o żadnym luksusie, my chcieliśmy już tylko wejść do jakiegokolwiek domu i spokojnie pomieszkać sobie. I trochę odpocząć. Ciężka to była droga. Nie taka łatwa jak się dzisiaj wydaje. Zameldowaliśmy się jeszcze w dwóch domach dla jednej i drugiej siostry. Tak samo jak wcześniej - i tu niemile nas przywitano. No, ale cóż-nie była to nasza wina. Wzięliśmy Niemców z końmi, ażeby pojechać po nasze rzeczy. Oczywiście wozami konnymi, bo pociągi do Strzelina jeszcze nie dochodziły. Nie wiem ile to było kilometrów, być może niewiele, ale dojazd furmankami trwał długo. Rzeczy oczywiście można było załadować na wozy, ale konie i krowy trzeba było przeprowadzać pieszo. Konie były przystosowane do drogi, jednak z krowami były problemy. Przeszła sobie taka krowa kawałek i zaraz kładła się na środku drogi. Trzeba było czekać aż sobie odpocznie. Tak jak człowiek. Ale pomału doszliśmy do celu. Jeszcze tylko siostra została z końmi, bo wagony rozłączyli i ona całkiem późno musiała przyjechać. Na razie jeszcze nie wiedziałam gdzie ona jest. Trzeba było ją odnaleźć, więc wybrałam się ją szukać, trochę na pieszo, trochę furmankami - jak ktoś jechał. I odnalazłam ją w Oławie - pasła konie, bo było tych koni więcej. Już wówczas trafiali się mężczyźni powracający z wojny. I w drodze odnajdowali swoje rodziny. Niektórzy pomogli nam prowadzić konie. Ja siostrę zwolniłam, a sama zostałam z jednym koniem. Wiadomo - mężczyznom było łatwiej ujeżdżać konie, ja nie potrafiłam, chociaż prowadziłam na uzdach. Ale jakoś dotarliśmy do Gościęcic. Rozegrała się inna scena. Niemcy nie bardzo ochoczo nas przyjmowali. Niemiecka rodzina z mojego domu pogodziła się z losem, ale rodzina z domu mojej siostry trochę gorzej. Weszłyśmy tam, niby do tej gospodarki i zastałyśmy tam pełno Moskali. Zaczęła się tragedia. Niemki się bały, my również. Moskale nie chcieli się usunąć, a my nie miałyśmy się gdzie wyładować. Oni rozłożyli się w całym domu i nikt im nie mógł nic zrobić. Bo to niby oni mieli pierwszeństwo. Niemcy to już z dwojga złego woleli, abyśmy to my-Polacy - byli z nimi. Bo oni już mieli Moskali powyżej uszu. Niemniej udało się nam i tak się dogadaliśmy, że oni się usunęli. Nareszcie. Zostaliśmy już osiedleni, niby na swoim. Ale to nie było takie proste. Pomału zaczęto wysiedlać Niemców. Pomału my - Polacy stawaliśmy się gospodarzami tej ziemi. Niemcy jednak opuszczali te tereny niechętnie. Bardzo często zdarzały się przypadki, iż deklarowali się Czechami, ponieważ na terenach Ziemi Strzalińskiej zamieszkiwało dużo Czechów i Niemców. Często Niemcy nie potrafili określić swej narodowości, często deklarowali przynależność do narodu czeskiego. Część wyjechała do Czech jesienią 1945 roku, pozostali nie potrafili się zdecydować. Ja miałam wielkie szczęście, ponieważ mieszkałam sama z rodzicami. Pierwszej jesieni niczego nie sialiśmy na polach. Było tak jak było. Później brat wrócił i Niemiec. W lutym 1946 roku ożenił się i założył rodzinę. Od wiosny 1946 roku zaczęliśmy gospodarzyć razem. Chociaż gospodarstwo było małe, nie było nam łatwo na początku. Ziemia leżała ugorem, w dodatku była strasznie zaminowana tak, że trzeba było z minami się uporać. Brat bardzo lubił pracować w polu, i on kierował tą gospodarką. Pracę zaczęliśmy praktycznie od podstaw. Ugory na polach należało zaorać. Najgorzej, że ziemie były strasznie zaperzone. Wówczas nie dysponowaliśmy żadnymi środkami do zwalczania chwastów. Perz musieliśmy sami własnymi rękoma wyczesać. Najwięcej uprawialiśmy buraki Między innymi dlatego, ażeby tę glebę wyczyścić z chwastów. Ja na ogół lubiłam na ziemi pracować. Razem z bratem dorobiliśmy się 3 krów i konia. l tak pomału zaczęliśmy gospodarzyć. Było nam ciężko, ale jakoś w tym wytrwaliśmy.  W tym czasie mój ojciec bardzo poważnie zachorował i leżał dwa lala w łóżku bez żadnej nadziei. Ja z kolei dostałam domek bez pola jako  nagrodę za pracę w Niemczech. Dostałam na ten dom specjalne papiery, a nawet na gospodarstwo. Jako, że w tych latach byłam jeszcze wolna panienką i me chciałam gospodarstwa,  jodynie zajęłam domek. Faktycznie tam nie mieszkałam, osiedliłam brata, który był ożeniony, a sama zostałam z rodzicami. W 1947 roku mój ojciec zmarł. Zostałam z mamą. Ale ona była już staruszką po siedemdziesiątce. Razem klepałyśmy biedę. W lutym 1948 roku wyszłam za mąż. Mój mąż pochodził z moich ojczystych stron. Tak samo jak ja- z Łoszniowa. I tak samo jak ja bardzo pokochał ziemię, ponieważ całe życie na niej robił. Było nam ciężko- dwóm rodzinom na pięciohektarowym gospodarstwie. Nasi mężczyźni, to znaczy mój mąż i brat szukali pracy po fabrykach, chociaż nie było o to tak łatwo. Mimo tego mój mąż znalazł pracę w Fabryce Mebli, brat natomiast na poczcie. Jednak nie popracowali zbyt długo. Wiadomo - w tych czasach na dobre rozhulała się komuna, szpiegów było co niemiara, a szpicle donosili gdzie i jak ludzie żyją. Nie spodobało im się, że mamy ziemie, wiec wyrzucili naszych mężów z pracy rządowej. Mówiono wówczas, że naszym obowiązkiem jest pilnować pola. Faktycznie zaś - kto miał pole, ten nie mógł w zakładzie pracować, bo za bardzo by się dorobił. Nam jednak było bardzo ciężko na tym kawałku gruntu. Było to przecież 2,5 hektara na rodzinę i żadnej nadziei na jakąkolwiek inna pracę. Chyba, że gdyby ktoś miał jakieś znajomości w gminie albo zapisał się do partii. Szpicle natomiast chodziły wszędzie i nasłuchiwały pod oknami - gdzie i kto słucha radia Wolna Europa. Natychmiast donosili o tym władzom- ta zaś karała grzywną lub aresztem. My natomiast rozgospodarzyliśmy się na dobre. Urodziły się nam dzieci. Brat miał dziewczynę i chłopaka, ja z mężem dwie dziewczyny. W 1954 roku zmarł mój brat. Razem z mężem i moją bratową zostaliśmy sami na tym małym gospodarstwie. Mąż bardzo dobrze znał się na roli, więc pracował jak tylko mógł. My natomiast z bratową miałyśmy jeszcze swoje matki. Moja miała 72 lata, bratowej 64. Dodatkowo jeszcze nasze dzieci. Wtedy zaczęło nam się żyć nielekko. Obowiązkowe kontyngenty, różne podatki. Nie można było utrzymać się dwóm rodzinom na tych pięciu hektarach. Nie było wówczas żadnych zasiłków dla bezrobotnych, żadnych zapomóg. Nikogo nie obchodziło kto jak żyje, z czego utrzymuje rodzinę-czy dzieci mają co jeść i w co się ubrać. To rządzących wcale nie obchodziło. Aż pewnego dnia. Mój drugi brat pracował na poczcie, więc miał trochę więcej znajomości z władzą. Chociaż mieszkał na innej wiosce-załatwił nam zboże, że niby my zdaliśmy już tam kontyngent. Było to możliwe ponieważ kierownik magazynu miał na to pokrycie, bo ludzie tam sprzedający byli trochę bogatsi od nas, więc sprzedawali zboże ponad plan. Jednak ktoś musiał to wyszpiegować i doniósł władzom, że nie oddaliśmy zboża. Na szczęście mieliśmy na to kwity. Aż pewnego razu, dwa tygodnie po śmierci brata, kiedy razem z bratową nakładałyśmy gnój na wóz, a mój mąż powiózł jeden wóz w pole, podeszło do nas dwóch milicjantów po cywilnemu ubranych. Zapytali się - kto tu jest gospodarzem. Odpowiedziałam, że gospodarstwo zapisane jest na matkę, ale ponieważ matka jest chora - wzięłam na siebie odpowiedzialność. Niestety, najbardziej w tym momencie liczyła się dla nich osoba mojego męża, więc zabrano go na posterunek Trzymano go tam i dręczono cały dzień aż do późnej nocy za to, że nie oddał zboża, a kwity miała za kogoś innego. Ale na szczęście jakoś go wypuszczono. Ja z bratową ucieszyłyśmy się, kiedy wrócił cały i zdrowy. Wtenczas we wsi było zebranie wiejskie i nikt od nas z rodziny nie poszedł. Ludzie więc, jak to ludzie - stwierdzili już, że skoro Marian jest nieobecny, to z pewnością go zamknęli. Aż nagle mąż zjawił się - ludziom od razu miny zrzedły. Cóż- czasy przeplatają się z różnymi niespodziankami. Niedługo potem zmarła mama bratowej. Również w tym czasie Niemcy zaczęli wyjeżdżać. Ale nasi jeszcze nie zadeklarowali przynależności do narodu niemieckiego. Dolny Śląsk był wtedy częściowo zniemczony, dużo osób podawało się za Czechów Nie wszyscy wiedzieli dokąd mogliby się udać. Natomiast my gospodarzyliśmy na dobre. Końmi obrabialiśmy pole, ponieważ maszyn jeszcze nie posiadaliśmy, pole kosiliśmy kosami. Mój mąż znalazł i naprawił jakąś poniemiecką „garskuwkę" Żyto kosiło się rękami, bo potrzebna była słoma na pokrycie dachów Właśnie mieliśmy stajnię i stodołę pod słomą i kryjąc słomą dachy trzeba się było ciężko napracować. Baliśmy się wziąć kredyt z banku, ponieważ wydawało się nam, że nie będziemy w stanie go spłacić. W 1958 roku brat męża wysłał nam wizę z Argentyny -zapraszając nas do siebie. Po ciężkich staraniach, razem z dziećmi udało się nam wyjechać.  Ponieważ gospodarstwo nie było moje a przypisane na rodziców - od śmierci ojca faktycznie należało do matki. Po moim wyjeździe matka zabrała do siebie moją drugą siostrę Marysię ze szwagrem, przepisując na nią gospodarstwo. Natomiast my wyjechaliśmy do Argentyny z zamiarem pozostania na stałe”.


/ /
Matias | 2014-11-20 02:18:05
Budynek w którym urzędował PUR.
mietok - Administrator | 2014-11-20 06:59:19
Brawo - super !
zonia | 2014-11-20 08:06:32
Niezwykle ciekawe!
maras - Administrator | 2014-11-21 09:01:20
Dobra rzecz.
Babinicz | 2014-11-21 18:24:22
Ciekawy artykuł .
tadpole | 2014-11-30 13:15:53
"Wygnani" nie "repatrianci" - oni nie wracali do ojczyzny.
Matias | 2014-12-07 20:45:29
Myślę iż pewne sprawy powinny już być poza nami.